Ogłoszenia

Dziś przeżywamy Światowy Dzień Migranta i Uchodźcy, a od czwartku rozpoczynamy Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. W tym roku będziemy go przeżywać pod hasłem: „Prawica Twoja wsławiła się mocą” (Wj 15,6).
Program Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan w Szczecinie znajdziemy w gablocie.

czytaj więcej »

Ekstremalna Droga Krzyżowa

aktualizowano: 2016-02-21 18:40 Odsłon: 583

Jezus nie opuszcza mnie na krok

Duchowa promocja dzieła EDK – opowiada Marcina Szlendak

Był marzec 2015 roku. Na moją pocztę elektroniczną przysłano mi reklamę Ekstremalnej Drogi Krzyżowej. Zazwyczaj nie odbieram takich maili, ale tym razem to zrobiłem. Droga krzyżowa, w nocy, przez 43 km i w dodatku w samotności? To jest to - pomyślałem. Namówiłem mojego wówczas 17-letniego syna i zapisaliśmy się. Niestety, a może i tak miało być, na EDK poszliśmy o tydzień za wcześnie (o czym dowiedziałem się dopiero po przejściu całej trasy). Pamiętam, że wszystko było na ostatnią chwilę. Krzyż dopiero przed wyjściem zrobiłem, na autobus ledwo zdążyliśmy i taka ogólna nerwówka była, czy zdążymy na busa, bo Droga Krzyżowa zaczynała się w Nowym Warpnie. Oprócz tego jadąc autobusem, naprzemiennie wstydziłem się tego krzyża, a momentami unosiłem się dumą, że go mam. W ogóle nie myślałem o żadnych trudnościach, myślałem raczej tylko o tym, w jak krótkim czasie zdołamy dojść do ostatniej stacji, która była przy bazylice św. Jakuba w Szczecinie.

Na miejscu okazało się, że byliśmy tylko ja i mój syn. Najpierw pomyślałem, że to tak właśnie ma wyglądać. Jak sami to sami. Potem jednak dotarło do mnie, że nie ma teraz zmiłuj i w razie problemów, będziemy zdani tylko na siebie. Wycofać już się nie mogliśmy, gdyż ostatni autobus już odjechał, zresztą i tak byśmy nim nie pojechali, bo nie mieliśmy już przy sobie pieniędzy.

Pomodliliśmy się w kościele i ruszyliśmy. Najpierw było całkiem przyjemnie. Światła lamp przydrożnych oświetlały nam drogę. Gdzieniegdzie obserwowałem, co tam ludzie w domach mają. Jakiś pies zaszczekał. Jednak ta idylla nagle się skończyła wraz z ostatnią świecącą lampą. Nastała nieprzenikniona ciemność. Wtedy dopiero dotarło do mnie, że to nie są przelewki. Wtedy pojawił się we mnie strach i zwątpienie. Jedyne co wówczas mnie podtrzymywało na duchu, to była obecność mojego syna.

W trakcie marszu oczy się jednak przyzwyczaiły do ciemności i już było łatwiej. Pojawiły się jednak inne trudności. Przejeżdżające samochody. Za każdym razem chciałem uciec i gdzieś się schować. Bałem się, że wyskoczą jakieś zbiry i nas pobiją, albo zabiją. To, że nie uciekałem, to zasługa mojej dumy. Nie chciałem synowi okazać mojej słabości. Raz nawet przed nadjeżdżającym samochodem specjalnie zboczyłem z drogi, że niby się pomyliłem, aby syn nie pomyślał, że się boję.

Po 12 kilometrach trasy musieliśmy skręcić w drogę, która wydała mi się jeszcze straszniejsza od poprzedniej. Mimo iż po niej już nie jeździły auta, to sprawiała wrażenie, jakby była drogą do piekła. Pusta, czarna i ciasna. Mało oddechu nie straciłem.

I wtedy dopiero uświadomiłem sobie, że do tej pory ze mną szła moja duma, zaradność, pewność, siła, pycha itd. Wszystko to nagle okazało się zwykłymi śmieciami. Nic mi z tego nie zostało. Zacząłem dopiero wtedy tak szczerze i naprawdę wołać Jezusa. Błagałem Go wręcz, by był teraz ze mną. Mówiłem Mu, że się boję i nie wiem co mam ze sobą zrobić. I to było właśnie to. On od razu przyszedł. Nie czekał ani chwili. Od tego momentu już się nie bałem.

Drugi kryzys przyszedł na 32. km. Niewyobrażalny ból nóg. Nie byłem w stanie iść. Wtedy już wiedziałem, że nie dam rady. Różnica polegała jednak na tym, że tym razem wiedziałem co robić. Wołałem Jezusa. Od 32. km cały czas Go prosiłem, by podnosił moje nogi i On to robił. Tak przeszliśmy razem 4 km. Wtedy pojawiły się łzy. Ja wyłem z bólu, a zarazem z mojej nicości. Nigdy wcześniej nie poczułem tak mocno, że bez Jezusa jestem niczym. To były moje łzy oczyszczenia, wielkie jak ziarna grochu. Każdą z tych łez oddałem wówczas Jezusowi. Wtedy dopiero zrozumiałem, że On mnie kocha na 100 procent, bez żadnego „ale”. KOCHA BEZWARUNKOWO.

Dotarliśmy do 39. km. Stanęliśmy na przystanku pod który podjechał autobus kursujący prosto na nasze osiedle do którego wsiedliśmy. Byłem zawiedziony, że nie skończyliśmy, ale jednak szczęśliwy. Wierzę, że ten autobus przysłał nam sam Pan Jezus. On już nie potrzebował, byśmy się dalej tułali - co miałem odkryć, to odkryłem.

Rok później.

Początek roku nie był dla mnie jakiś nadzwyczajny. Właściwie nic nie zapowiadało jakiś spektakularnych zmian. Całkiem „przypadkowo” pojechałem na seminarium dla mężczyzn, na które namówił mnie Zbyszek. Jechałem bez żadnych celów. Seminarium prowadził Henryk. Człowiek, którego Bóg znalazł na ulicy. Urzekło mnie, jak wspaniale potrafił odczytać słowa, jakie Pan kierował do niego w Piśmie świętym. Heniu uświadomił mi, że powinienem mieć cel w życiu. Boży cel. Ale jaki mam obrać cel? Nie wiedziałem.

Na zakończenie seminarium, dostaliśmy kartkę z cytatem z Biblii:

I szukałem wśród nich męża, który by wystawił mur i stanął w wyłomie przede Mną, by bronił tej ziemi i przeszkodził Mi w jej zniszczeniu, i nie znalazłem takiego (Ez22,30).

Henryk powiedział, byśmy wykreślili „nie” i jeżeli czujemy, że słowo to jest do nas, to byśmy się podpisali pod nim.

Zrobiłem to bez wahania. Jeszcze tego samego dnia zacząłem pytać Boga, co chce bym zrobił. Rano następnego dnia czytając Pismo święte dostałem odpowiedź:

Bóg naszych ojców wybrał cię, abyś poznał Jego wolę i ujrzał Sprawiedliwego i Jego własny głos usłyszał. Bo wobec wszystkich ludzi będziesz świadczył o tym, co widziałeś i słyszałeś (Dz 22,14-15).

Mówię, ok. Co to jednak mają być za dzieła, Panie Jezu. Następnego dnia On do mnie tak mówi:

Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: W imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą, węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają siły (Mk 16,17-18).

Hola, hola, Panie Jezu. Ja? Taki mały, niewykształcony człowieczek miałbym takie rzeczy czynić? Coś chyba nie ten adres… Po chwili jednak pomyślałem, że skoro to mówi Jezus, to przyjmuję to wyzwanie. Tylko jak? Przecież ja się boję.

Jezus długo nie czekał, bo następnego ranka odpowiedział następująco:

Nie wstydź się zatem świadectwa Pana naszego, ani mnie, Jego więźnia, lecz weź udział w trudach i przeciwnościach znoszonych dla Ewangelii według mocy Boga (2Tm 1,8).

I tego dnia dostałem pocztą elektroniczną list z propozycję wytyczenia trasy Ekstremalnej Drogi Krzyżowej. Co ciekawe oficjalne zapisy na wytyczenie dawno się skończyły, więc teoretycznie nie było się po co zgłaszać. Ale pomyślałem o dzisiejszym czytaniu i mówię do Jezusa: „Jeśli to Twoja wola, to działaj moimi rękoma”. Naprędce na mapie internetowej opracowałem szkic trasy i wysłałem.

Następnego dnia Pan Jezus podbudował mnie tymi słowami:

Zachowam dla niego łaskawość swą na wieki i wierne będzie moje z nim przymierze (Ps 89,29).

Przyszła odpowiedź: „Trasa zatwierdzona”. Trzeba jeszcze tylko przejść szkolenia, dokładnie opisać tę trasę, zebrać sztab, zająć się promocją… Jezu drogi przecież ja nie podołam. Ratuj!

Wtedy rzekł do nich. Czemu tak bojaźliwi jesteście? Jakże wam brak wiary? (Mk 4,40).

Nie lękaj się ich, bo jestem z tobą, by cię chronić (Jr 1,8).

 

Od tego momentu już nie mam żadnych wątpliwości czyje to dzieło i kto nim kieruje. Trasę błyskawicznie wytyczyłem, szkolenia przeszedłem, promocję czynię. Jezus nie opuszcza mnie na krok. Postawił na mej drodze żonę, która pomaga dobrym słowem i weryfikacją trasy. Dał mi też Adama, który wspiera mnie swoimi uwagami i czasem kopnie, bym się nie poddawał. Dał mi proboszcza, który zaangażował się w dzieło. Użyczył mi księdza Pawła, który wspiera modlitwą i dobrym słowem. Zesłał Jurka, który zaangażował się w wykonanie materiałów. Grześka, który zweryfikował część trasy. No jednym słowem Jezus zorganizował mi cały sztab ludzi, o którym sam mógłbym tylko pomarzyć. Dzieło EDK u mnie dopiero raczkuje i pewnie Pan Jezus jeszcze wiele osób zaangażuje do tej sprawy, dlatego chcę podziękować Jemu za to, że was postawił i jeszcze pewnie postawi na mojej drodze.

Marcin Szlendak

aktualizowano: 2016-02-21 18:40
Wszystkich rekordów:
Parafia Rzymskokatolicka pw. św. Stanisława BM w Szczecinie
ul. Kolorowych Domów 2, 70-781 Szczecin, tel. , fax.
2013 © Wszelkie prawa zastrzeżone